wtorek, 3 marca 2015

Rozdział VII Prawda

    James stał na balkonie. Bił się z myślami. Powinna znać prawdę. Nie mogę jej wiecznie okłamywać. Jestem za nią odpowiedzialny. Zamkną na chwilkę oczy. Przywołał to wspomnienie. Nie chciał do tego powracać ale musiał. Chciał coś sprawdzić.
     Mia i on piszą do siebie przez internet. Dawno z nią nie pisał. Obawiał się co jej powiedzieć. Nie mogłq wiedzieć o wszystkim. Właśnie zmienił numer. Jej jednak zachował. Jej jednak podał. Miał odciąć się od przeszłości. Jedynie od niej nie umiał. Postanowił ją unikać ale coś mu to nie wychodziło. Spojrzał ostatni raz na jej zdjęcie i ją spławił.
    Stojący na balkonie chłopak wyglądał jak posąg. Po chwili jego włosy rozwiał delikatny wiatr. Nagle skrzydlata postać nie wodząca go wpadła na Nephilm.
***
    Mia nie widziała dokąd zmeirza. Chciała już tylko być w Instytucie. Chciała o tym zapomnieć. Pomyślała o balkonie. Nie pamiętała tylko jak wygląda jej. Łzy zasłoniły jej widzenie. To nie był płacz. Łzy same leciały po jej policzku. Nielicznie ale ona była spokojna. Gdy zobaczyła balkon zaczęła podchodzić do lądowania. Nie zauważyła stojącego na nim chłopaka.
    James i ona wylądowali na ziemi. Jego twarz najpierw wyrażała zdziwienie, potem rozbawienie ale gdy zobaczył jej łzy wyraz jego twarzy zmienił się w niepokój.
    - Co się stało? - Jego ręka znalazła się na jej ramieniu. W tym momencie jej płacz zmienił się w ryk. Nie umiała już tego dłużej powstrzymywać. Chłopak w odruchu obją ją i zaczą gładzić po włosach. - Cicho. Już dobrze. Powiedz .i co się wydarzyło. Ulży ci.
    Mia opowiedziała mu o wszystkim. Nephilm po wszystkim popatrzył się na nią. Wiedział co musi zrobić.
     - Weź swoją nową broń i choć. Wiem jak ci ulżyć. - Łzy już wyschły ale gdyby nie te zaschnięcia nigdy by nie powiedział, że ona płakała.
    Zeszli schodami na dół do sali treningowej. James bez ostrzerzenia zaatakował ją. Mia szybko i z pełną gracją zrobiła szybki unik. Zauważyła w dłoni swojego opiekuna miecz świecący na biało. Chłopak uśmiechał się łobuzersko a jego postawa była wyzywająca. Anieliy włączyły się wszystkie instynkty potrzebne do ataku. Wszystko widziała w spowolnionym tempie i bardziej dokładnie. Słyszała każdy nawet najmniejszy ruch.
     Jej ataki przypominały taniec. James znowu zaatakował. Ona była jednak szybsza. Zablokowała jego miecz. Chwilkę musztrowali, ale po chwili nephilm został pozbawiony swojej broni. Mia i on stali przez chwilę bez ruchu. Chłopak miał miezmcz przy szyi a anielica miała na twarzy uśmiech. Opuściła ostrze gdy usłyszała śmiech.
     Leon stał w drzwiach i uśmiechał soę zalotnie. Dziewczyna miała zdziwione sopjrzenie. Przez chwilkę była zaniepokojona ale przypomniała sobien że jej skrzydła zwinęły się podczas lądowania.
     - Bravo - hiszpan zaczą klaskać. - Nikt jeszcze nie pokonał Jamesa nawet gdy dawał komuś fory. - Jego uśmieszek stał się łobuzerski. Podszed£ i przytulił dziewczynę. Ta jednak wyrwała mu się i wybiegła z sali. - Zrobiłem coś nie tak? - James bez słowa ruszył do wyjścia. Leonardo jednak staną przed wejściem. - Musimy o czymś porozmawiać.
    - Nie mam teraz ochoty - odburkną blondyn.
    - Chodzi o Anioły Ciemności. Zbierają się koło naszego Instytutu.
***
    Anielica wpadła do pokoju i zatrzasnęła drzwi. Wyciągnęła list z kieszeni. Usiadła na łóżku i rozpakowała. Popatrzyła się na dwie kartki. Po chwili zadumy zaczęła czytać.
Droga Miu.
    Zapewne kiedy to czytasz jestem martwy. Twoja przemiana już się dokonała. Wyczułem to. Pisze ten list zanim zrobie coś głupiego. Jesteś ostatnią nadzieją tego świata. Ale zacznę od początku.
    Słyszałaś już o twoim prawdziwym ojcu. Wiesz już o Aniołach Ciemności. Ty jesteś ich przeciwwagą. Jest coś o czym nie wiesz. Nie masz na imię Mia. To imię ludzkie. Jesteś Aniołem Kary, Archaniołem Zemsty. Jesteś Aniołem Śmierci. Twoje prawdziwe imę to Lux. W łacinie oznacza to światło. Jesteś Światłem tego zepsutego świata. Masz sprzymierzeńców w Nephilm. Jednak nie wszyscy stoją po twojej stronie. Niektórzy to tzw. Metetatronaci. Są wyznawcami twego ojca. On jedyny ma białe skrzydła. Teraz masz je i ty. Musisz wiedzieć coś jeszcze. Ja do nich należe. Moim zadaniem będzie Cię zabić...
    W tym momencie usłyszała ostre pukanie do drzwi. Położyła kartki na łóżku. Szybkim krokiem podeszła i otworzyła. W progu stał wyraźnie wkurzony James. Wszedł bez słowa. Lux zamknęła drzwi.
    - Gdzie byłaś? - Nephilm wycedził przez zaciśnięte zęby.
    - Nie musisz wiedzieć. - Założyła ręce na piersi i oparła się buntowniczo o ścianę.
    - Swoim wybrykiem sprowadziłaś na nas zagładę! - Podszedł do niej. Przez chwilę stali na tyle blisko by czuć jego perfumy.
    - To może mi powiesz jak mam naprawdę na imię? - Podeszła do niego jeszcze bliżej. Byli tak blisko, że wystarczyło tylko małe nachylenie by ich usta zetknęły się. - Czego Aniołem jestem? Jak nazywają się wyznawcy mojego ojca. - Ostatnie słowa były wypowiedziane z największą nienawiścią.
    - Z kąd o tym wszystkim wiesz? - Jego twarz nic nie wyrażała jedynie oczy próbowały cokolwiek wyczytać z jej.
    - Tam gdzie byłam dostałam te informacje.
    - Jestem za Ciebie odpowiedzialny. - Nagle odszedł od niej i przystaną koło okna.
    - Więc powiedz mi coś czego jeszcze nie wiem. - Podeszła do niego. Nephilm stał do niej tyłem.
    - Twój miecz to prastary lerikt który został stworzony z włuczni którą przebito pierś Metatrona pod postacią człowieka. Ma moc zabijania wszystkich Aniołów. Istnieje też naszyjnik z bursztynem który potrafi ukryć postać Anioła. Na palu gdy Metatnon umierał miał go na szyi. Rzymianie jakimś trafem go nie zauważyli. - Odwrócił się do niej i popatrzył prosto w oczy. - Za każdym razem gdy zabijesz Anioła twoja moc będzie silniejsza.