poniedziałek, 23 lutego 2015

Rozdział VI Najbliższy nieznany

Dzisiaj tak troszkę krócej. Nia miałam czasu się rozpisywać i nie chciałam tego rozdziału na siłę wydłużać.


    Mia wiedziała, że powoli zbliża się do Moskwy. Była na ich czas 6 rano. Znalazła klub w którym jej ojciec zawsze przesiadywał godzinami i pił wódkę. Przed wejściem stał ochroniaż, nazywany przez nią żartobliwie gorylem. Wylądowała na dachu budynku. Z tąd widać dość dużą panoramę miasta. Pomyślała, że na jej plecach nie ma skrzydeł, a gdy spojżała za siebie żeczywiście ich nie było.
    Zeszła drzwiami które kiedyś jej pokazał. Długo schodziła aż doszła do zaplecza baru taty. Marko jak zwykle zadumany siedział nad papierami i kieliszkiem. Zmienił się troszkę od kiedy go ostatnio widziała.
    Włosy długawe i ulizane jak zawsze, ale już nie czarne ale lekko siwe. Jego twarz podobna do jej przed Przemianą, tylko jakaś taka zmarszczona. Ogólnie wyglądał schludnie i staro.
    Przysiadła się koło niego. Barman zapytał się czy coś podać a ona grzecznie odmówiła. Uporczywie patrzyła się na niego. Po chwili spojżał na nią wściekle i rozzłoszczonym głosem zapytał:
    - Czego się gapisz dziwko?
   - To tak się teraz mówi na córkę? - Nie ukrywała zdziwienia. Marko spojżał na nią. Patrzył się tak dobre pare chwil. - Przemiana mnie odmieniła ale to dalej jestem ja, Mark. - Jego twarz stężała. Była w tej chwili jak kamień. Nic nie można było z niej odczytać.
   - Przecież im kuźwa mówiłem, że nie będę twoją niańką. - Dziewczynę lekko zdziwiła ta reakcja. Ale w sumie od kiedy się urodziła nie chciał być jej ojcem. - Posłuchaj nie zrozum mnie źle. - Zdją okulary. Na jego twarzy malowało się zmęczenie. - Ja miałem tylko Cię chronić do czasu Przemiany. Miałem Ci coś dać i... - Przerwał swoją wypowiedź jakby czegoś się obawiał.
    - Mam opiekuna o to się nie martw. Nie wysłali mnie tu. Ja sama przyszłam. - Przez chwilę patrzył się na nią jak na wariatkę. Nagle jego twarz stężała na powrót i złalał ją mocno za ramię.
      - Uciekaj do mojego domu. Już. - Jego ton raczej nie tolerował sprzeciwu. Zeszła z krzesła i zaczęła iść w stronę drzwi. Nagle jakiś wysoki mężczyzna zagrodził jej drogę. Wiedziała, że dla dziewczyny w takim klubie to oznacza kłopoty.
   - Tak szybko idziesz? - Mię zdziwiło, że mężczyzna umiał płynnie angielski. Spojżała na niego ale nie przestraszyła się. Był ubrany w dżinsy, koszulkę i o dziwo na jego szyi widniał nieśmiertelnik. W lraewj ręce trzymał nóż. - Jeszcze nawet nie pogadaliśmy. Choć ze mną do stolika, zamówimy drinka i pogadamy. - Na jego twarzy widniał złowieszczy uśmiech.
    - Ta pani nie ma ochoty z tobą rozmawiać. - Za jej plecami pojawił się Marko. Niezauważalne włożył w jej rękę mały pistolet. Już jako dziecko uczył ją jak z niego strzelać. "Moskwa to niebezpieczne miejsce. Musisz umieć się obronić" zapamiętała te słowa z dzieciństwa kiedy pierwszy raz do niego przyjechała.
      Następnie wszystko potoczyło się szybko, ale dla niej było to jakby zwolnione tępo. Ojciec zza jej pleców pociągnął za spust. Pocisk przeleciał tuż koło jej ucha i zranił mężczyznę w ramię. Usłyszała tylko świst. W lewym rogu sali siedząca tam grupa wstała od stołu i każdy z nich wyją AK47. Ojciec i Mia szybko wybiegli przez główne wyjście i zaraz po wyjściu jej skrzydła rozwinęły się. Poleciała szybko w górę ale zaraz zleciała po Marka.
     - Zostaw mnie! - nie dał jej się nawet dotknąć. - Jeśli tak bardzo chcesz mi pomóc leć do mojego domu i zaszyj się tam puki nie przyjdę!
    Z ciężkim sercem posłuchała ojca. Poleciała w wyznaczone miejsce i czekała.

***
     Z baru wyszło około sześciu mężczyzn z bronią. Mark wyszedł zza rogu. Był wkurzony. Spojrzał na nich morderczym wzrokiem. Oni nie reagowali. Czekali.
     - Co to miało być? Mówiłem, że wam ją przyprowadze. Musi mi tylko zaufać. Jako człowiek mi nie ufała. Teraz zteż nie zaufa jeśli będziecie się wtrącać!
   - Musimy się wtrącać bo to była kiedyś twoja córka. - Mężczyzna z którym rozmawiał był zakapturzony. Wyglądał jak mnich razem ze swoimi towarzyszami.
      - Już nją nie jest. Ona jest tylko przeszkodą na drodze naszego pana. Nie śledźcie mnie więcej. Zrobie to co powinienem. - Na jego twarz wkradł się złowieszczy uśmiech. - Zabije tego potwora.

***
   Mia wleciała przez okno ale jak zwykle je rozbijając. Mieszkanie było takie samo jak zawsze. Mała ciemna kawalerka. Jedno jednak było dla niej nowego. Na biórku które zazwyczaj było puste coś leżało. Anielica podeszła do noego i poczóła anielską magię. Spojrzała na biórko i ujżała bursztynowy mały naszyjnik i ogromny miecz podobny do tego co miał James. Jedno co się różniło to wzór skrzydeł na rękojeści. Na przedmiotach leżał list i kartka. Na kartce pisało krótkie zdanie. "Bierz te przedmioty i uciekaj bo zginiesz". Spojrzała znad kartki i jej źrenice poszerzyły się.
  Nad biurkiem wisiały mapy, zdjęcia i informacje. Rozpoznawała to ułożenie. To wiązało się z pracą ojca. Był mordwrcą. Jego następnym cem była ona. Szybko pochwyciła przedmioty i list. Wyleciała przez okno. Do jej oczu cisneły się łzy. Nie odleciała jednak dlaeko. Przysiadła na dach tak by widzieć ojca. Czekała.
    Do mieszkania wszedł Mark. Był w czarnej pelerynie. W rękach trzymał pistolet. Przystawił go sobie go skroni. Mia nie mogła patrzeć. Odleciała ale zdążyła jednak usłyszeć dzwięk wystrzału. Po jej policzku spłynęło kilka łez.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz